exsilentio blog

Twój nowy blog

Sprawdzam, czy blog jest. Brak czasu.. Dla tych co zaglądali to facebook – Paweł Wilk (ha ha ale który:)) awatar z młodymi wilczkami i wilczycą:)

Pewnie i tak nikt tu nie zaglada… bo i mnie się rzadko zdarza, ale wywieszę:)

Poszukuję business angela zainteresowanego inwestowaniem w potężny, nowatorski projekt internetowy. Zasięg serwisu – ponadkrajowy (minimum europejski), stopień nowatorstwa – globalnie nie występuje żadna tego typu konkurencja.

Dla osoby, która skontaktuje nas z firmą/osobą typu business angel przewiduje się, w przypadku zawiązania współpracy z inwestorem, wysokie gratyfikacje z ewentualnym udziałem włącznie.

Kontakt najlepiej na pawel.wilk (małpa) pcengine.pl

A tak, żeby nie było – dzieci rosną,sawspaniałe, my siękochamy, co też nie jest najgorsze;) problemy są, bo jakby inaczej:)

Pozdrowienia

Czasem gubi się rytm.
Orkiestra gra, widzowie słuchają, muzyka płynie szerokim korytem, wielkimi kaskadami.
A jeden instrument jakoś tak…kuleje…
Patrzy na ten ekspres artyzmu i nie wie jak wskoczyć z powrotem, bo się zagapił, wypadł.

Mam pms. Premegaproject syndrom.
Wgłowie się gotuje. Wszystko dookoła gra na innej tonacji. A partytura wydłubana kiedyś z głupia frant okazuje się wielkim potencjałem. Niestety to powoduje, że nie mogę się skupić na tym co gram obecnie.

500 dni miłości.
Niesamowity film. Potężna pointa.

W domu róża, miód i słońce.
W biznesie… Czekam.

Życie jest…
Dziwne, zaskakujące, uczy pokory, niesamowite, nieprzewidywalne, kruche, nieprawdopodobne…

Moja mama już jest w domu, u siebie. Już zdążyła doprowadzić mnie do zimnej furii, nie mylić z zimną fuzją.
Cóż, ma prawo. Jest takim samym człowiekiem jak ja. Ma prawo.

Ale żyje.
I,  tak naprawdę, to chyba jest najważniejsze. Jest.

Moje dzieci z moją ukochaną żoną wietrzą płuca w Kołobrzegu. Zmiana klimatu ma ustabilizować ich wciąż chorujące gardziołka. Mam nadzieję.

A dziś popołudniu manewrując na osiedlowej uliczce samochodem musiałem przeciskać się między ambulansem a barierkami. Niemal zahaczyłem tego quasikierowcę lusterkiem. Ale dałem radę. Dojechałem do domu, gdzie jest sajgon z powodu wymiany drzwi, napraw różnych pierdółek, dolepiania kafelek, montowania nowej szafy. Sajgon.
A potem pojechałem do pracy. Na szczęście ambulans już sobie pojechał.

Po południu zadzwoniła moja żona i powiedziała

- Wiesz, że Piotrek nie żyje?
Nie rozkodowawszy porządnie tej informacji rzuciłem z lekką złością, że nie kojarzę kto
- Który Piotrek?…
- Piotrek. Sąsiad. Przyjaciel Mikołaja…

Kurwa.

To ten ambulans. Tak blisko jechałem. Złościłem się.
A oni długi czas walczyli o niego. Może godzinę, dwie…Sąsiedzi mówili.

Jedziesz sobie samochodem i mijasz stojący ambulans. A to nie był ambulans. To byli wojownicy, chcieli wygrać z niezwyciężonym, chcieli wyrwać naszego przyjaciela…
I nie udało się.

Fajny facet. Naprawdę. Bardzo lubił z wzajemnością mojego 3letniego syna. Zawsze ze sobą rozmawiali jak kumple. Zawsze nazywał go przyjacielem. Mikołaj ZAWSZE modlił się za niego wieczorem. Za nas i za niego.
Kiedyś popijał i stawał się osiedlowym podsklepikowym staczem, ale któregos dnia zemdlał i lekarz powiedział, że picie go zabije. Przestał. Założył firmę, zaczął pracować solidnie. Wyjechał do Warszawy, gdzie doszlifował swoje remontowo budowlane umiejętności. Potem wrócił do Jeleniej, żeby zająć się matką. Wyremontował mieszkanie, poznał kobietę. Wyremontował zęby. Wyglądał schludnie, fajnie. Był szczęśliwy. Miał robić prawo jazdy. Miał się żenić…. Uratował i zdobył na nowo przyszłość. Otworzył drzwi i stał wdychając głęboko świeże, czyste powietrze… I właśnie miał zrobić pierwszy krok.

Nie wiem co się stało, rozmawiałem z jego mamą. Zatrzymanie krążenia, coś z sercem, krwioobiegiem, czy coś. Była w takim szoku, że mówiła normalnie, z lekką złością. Od kilku dni nie mógł jeść, tylko pił, mówiła, żeby szedł do lekarza a on, że nie, że to przejdzie…
Straciła syna. Mój syn stracił przyjaciela. Ewa straciła partnera…
Był dobrym człowiekiem.
Zawsze pozostanie częścią mojej rodziny, zawsze będzie przyjacielem mojego syna.

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…

Wiem. Ale jak już zdążymy? Jak już ich kochamy? A oni i wtedy odchodzą?…
Wiem, wiem…
Ale to dziwna, paradoksalna prawda.Uczymy się kochać żeby zdążyć, bo odchodzą, ale jak odchodzą a my już umiemy ich kochać to boli podwójnie… Więc uczymy się kochać żeby bolało?
Wiem, wiem.
Tak to jest. To ma sens. Bo ma sens życie… ma sens… ma sens..

Piotr Cyran. Piotrek, albo Piotruś, dla mojej żony. Dla mojego trzyletniego syna po prostu „przyjaciel”.

To pożegnanie napisałem dla niego, dla jego mamy, żeby zostało coś więcej, niż rzeczy.

Pożegnanie Piotra Cyrana

Świat jest tak pełny jak my go czynimy
Swoim życiem, miłością, pomocną dłonią,
Tym, czy nim żyjemy, czy w trakcie śpimy,
Czy nas przeklinają, czy łzy za nami ronią.
Ty byłeś, Piotrze, dobrym człowiekiem,
stałeś z uśmiechem blisko naszych dusz.
Więcej, byłeś coraz lepszy z wiekiem
Jakby czas zmiatał z Twojego serca kurz,
Czyścił je i szlifował wyłuskując lśnienia,
Bo serce w istocie miałeś szczerozłote.
I to, że nas opuściłeś nic nie zmienia,
Prócz smutku w świecie potem.
Dziękuję, Piotrze, za to, że Cię znałem
za pomoc nam i Bóg wie jeszcze komu,
Za rozmowy, za bycie obok, za z zapałem
Robione prace w naszym domu,
Byłeś solidną częścią naszego życia
I tą mocną częścią pozostaniesz
A przyznam też szczerze, bez bicia
najbardziej dziękuję Ci za to
Że, mój syn mówił Ci przyjacielu
Z taką samą miłością, z jaką do mnie mówi „tato”

Dobranoc Przyjacielu
Paweł, Ania, Mikołaj i Amelia

Dyskutowałem dziś z córką o miłości. Chodziło o słowa piosenki Tammy Wynette Stand by Your Man
Dziwiła się, a właściwie podważała regułę, czemu niby miłość ma być do jednego mężczyzny, czemu trzeba zaraz z nim być…

Ja wiem, wiem… Odpowiedzi są oczywiste… Ale własciwie rozmowa mnie mocno zenergetyzowała, bo moja córka staje się ciekawym rozmówcą, głęboko siegającym pytaniami człowiekiem… A z tyłu zasnął w foteliku mój prawie 3,5 letni synek. Jej brat, którego ona z trudnością toleruje… nowa rodzina, nowe dzieci… Ale jakoś powoli nie to, że się otwiera, ale jakoś tak mięknie, bardzo powoli i w małych kawałeczkach…
Cóż, jestem cierpliwy. Moja miłość jest cierpliwa. Musi być.

Tak więc rozmawiałem z nią a on spał. Grał Sinatra, potem Norah Jones…  Samochód zanurzony w miejski mrok lutowego wieczoru cicho mruczał, oświetlenie tablicy rozdzielczej szminką poblasku poplamiło przestrzeń ciemnego wnętrza.

Takie chwile… To skarb.

A wieczorem miałem telefon, że moja mama ma jakieś komplikacje pooperacyjne. Krwotok. Na razie stabilnie jest, ale nie są pewni co robić.. Niby zwykłe bypassy, ale potem ciśnienie skoczyło, tętnice szyjne w opłakanym stanie…
I czuję kwaśny smak w ustach. Czuję napięcie. Takie napięcie jakbym bał się czegoś w mroku, jakbym szedł pustą ulicą i gdzieś czuł chłodną, cichą obecność czegoś niesympatycznego…

Mrok.
Pusta przestrzeń bez światła.
A w niej rozmowa z córką o miłości, śpiący syn i krople w kroplówce odmierzające sekundy niepewności.

Milczenie, które chciałoby się rozsiąść w fotelu, rozluźnić i posłuchać czegoś miękkiego, żeby spokojnie trawić uśmiech ojca, to milczenie stoi w oknie, drepcze po mieszkaniu bez sensu, pisze na komputerze. Zaniepokojone, zmęczone, smutne i bezsilne.

I takie to jest życie. Jak iluzjonista w wesołym miasteczku. Patrzysz oczarowany sztuczkami, wybuchami, grą świateł a z otwartej dłoni znika twój zegarek i nie wiesz gdzie jest, nie wiesz co się dzieje. A iluzjonista usmiecha się tajemniczo i milczy.

Oczywiście, że się modlę.

Cóż… Wszystko z czasem murszeje, zamiera, cichnie. Twarze kiedyś wielkich dorosłych zamieniają się w pomarszczone szepty starości. My sami też nie stoimy w miejscu… Nic więc dziwnego, że iten blog coraz dłużej milczy, coraz silniej cichnie.

Zwykłe życie naciska nas z siłą wyciskarki soku. Miki poszedł do przedszkola i od tej chwilina zmianę z Amelką są chorzy. Ospa, angina, przeziębienie, angona ropna, jelitówka, przeziębienie, kaszel katar gorączka…
Jakbyśmy byli w pralce jakiejś i cochwila wpadają nam w ręce te same, wcześniej już dławiące gardło, skarpety. Z coraz większą trudnością wypluwa się te brudy.
Już kołacze nam rezygnacja z przedszkola.

Właśnie, kiedy siedzę i piszę te słowa, Miki pokasłuje przez sen. Zmęczony, wygłodniały, bo do przeziębieniama w ramach bonusa biegunkę.
Jego siostra przytulała się do niego, uśmiechała i głaskała, kiedy po południu leżeliśmy pokotem na rozłożonej kanapie i oglądaliśmy”Wall-e” setny raz.

Sam też czuję się nietęgo, ale my, rodzice, nie możemy tak sobie chorować.

Żona doskonale sobie zdaje sprawę jak destrukcyjnie wpływa na cały nasz świat tonieustanne opiekowanie się, chorowanie i czuwanie. Nie wiem… Nie chciałbym, żeby tracił ten czas uczenia się bycia wspołeczności, ale koszty zaczynają przewyższać zyski…

Ot.

nauki wzajemne

2 komentarzy

Pierwszy raz wymówione imię brata: Mitutat.
To było 23.10
A dziś już dołożyła
Mikuss
Miki

Szesnastomiesięczna księżniczka.
Uśmiechnięta, żartująca. Uważna, skoncentrowana na tym, co robi, bardzoczuła w stosunku do Yabi, uwielbiająca swojegobrata, który ją traktuje czasem…dosyć nieokrzesanie, że tak powiem delikatnie.

Jednak oboje się kochają niewątpliwie. Drobne gesty, pamięć o drugim, kiedy coś się dostaje, to bardzo bardzo budujące.

Miki zaś jako trzyletni gentelman bywa czasem okrutnie bezlitośnie uparty, czasem wyrachowanie złośliwy…
Dzieciak. Uczymy się przy nim tego, żeby nie jeżyć się, nie karać, nie obrażać, nie być wzajemnym.
Uczymy się też odpuszczania.
Konsekwencja żelazna rodzi szybko pragnienie tego samego w dziecku. Zaczęliśmy odpuszczać w sposób kontrolowany i jużmamy pierwsze efekty – też staje się mniej uparty, bardziej uległy.

Trudna ta miłość rodzicielska, ale wielka.Największa.

Panta Rei

Brak komentarzy

Dzieciaki rosną. Amelka już wygadułkowuje pierwsze słowa.
Hipopotam – hipopapo
na przykład:)
Miki jest zatwardziałym przedszkolakiem, jednak wciąż nieustannie rano używa monotonnejmantry „ja nie chce do przedszkola… ja nie chce do przedszkola”
A ja nie chcę do pracy:)
A skutek taki sam:)

Starzeję się, bo odkrywam coraz więcej świata poza internetem;)

Chwila za
chwilą mija rok za rokiem

każda sekunda
mierzona równomiernym krokiem

w każdą
wtopione nasze serca jak w bursztynie

motyle,
których nietrwałość nie przeminie

śpiąc w
naszych duszach pamięcią miłości.

Te serca
miały i smutki i cisze i radości

i ciepły
dotyk i sen co domem pachnie wtulony,

te chwile
miały ramiona tęskne męża i usta żony

i życie co
dwakroć pod sercem kwitło nadzieją

i noce
nieprzespane i dni co się szybko dzieją.

Ot, czas nam
przepłynął nieuchwytnym błyskiem

Ot,
siedmiokroć rok minął świszczącym pociskiem,

Dziś w Tobie, Żono, widzę i bursztynu czar złoty,

światła
piękno, ognia ciepło i szumne wzloty

zwykłych dni.
Dziś mam od Ciebie moje marzenia,

dałaś mi to,
co ludzkie dusze w ptaki zmienia.

Czym się
wypłacę za dar tak wspaniały?

Co w zamian
dać za świat tak niesłychanie cały?

Jaka moneta
spłaci każde tchnienie zachwyconej duszy?

Nie wiem i
choćbym swoją mądrością silnie wzruszył

szukając ceny
- nie znajdę sięgającej daru odpowiedzi

prócz może
tej zwykłej, prostej, co w marzeniu siedzi,

że z miłością
oddam co od miłości wziąłem,

żem uśmiechem
zwykłym poślubion z aniołem,

który
skrzydłami mnie objął, i napiszę

że będę mu
wiernym, gorącym towarzyszem,

i dodam, Żono
jedyna, kochana, Przyjaciółko miła

że będziesz
we mnie w każdej przyszłej chwili żyła.

 

Paweł

Trochę mnie nie było…
Jak zwykle moge zrzucić winę na życie. Zwykła rzecz.
Trochę też mi czas zjadła polityka, wybory, dyskusje, czytanie, oglądanie…
Za to nie obejrzałem ani jednego meczu piłki nożnej w RPA.
Zero.

Dzieci rosną i są coraz wspanialsze. Żona nieustannie pociąga mnie i uwielbiam na nią patrzeć, dotykać, wdychać…

W synu jestem zakochany po uszy, a córka właśnie zatapia się w moim sercu na milion lat. Jest cudownie uśmiechniętym już-roczniakiem:)
Uśmiecha się i śmieje częściej niż jej brat. Własciwie robi to praktycznie nieustannie. A i jej bratu nie brakuje wiele.
Jednak jesli chodzi o gadanie, to nie jest tak wcześnie wyszczekana jak Miki. On mając roczek już gadał, a ona jeszcze się nie skonkretyzowała. Ja wiem, że to nie fabryka, każdy egemplarz ma inaczej i nie przejmuję się tym wcale. Za to na przykład kapitalnie reaguje na muzykę. Kołysze się, zamiera i słucha z uwagą i śmieje się. Lubi muzykę.

I tak to idzie. Codzienność.

Będę pisał, owszem, ale dopiero jak odpalimy druga elektrownię. Teraz mam za dużo w głowie pobabrane, nie moge się skupić. Nawet przerwałem pisanie książki. Stojąc między dwoma młotami – praca a domem, który też wchłania, co prawda w sposób miły i z radością, ale wchłania, wypełnia i angażuje,a to zjada czas, stojąc tak nie da się wyciszyć, oderwać… Bo, w gruncie rzeczy, kto by chciał? ;))

To tyle na dziś. Mało ale choć co:)


  • RSS